E-Dziennik
Le Tour des Alpes, czyli rowerem dookoła Alp

a1_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Ale o co chodzi?

Chodzi o to, żeby wsiąść na rower i pojechać przed siebie. Bez względu na pogodę, bez względu na politykę. Żeby pojeździć po świecie i podziwiać piękno naszego świata i jego Stwórcę. Na wielodniowe i wielotygodniowe wyprawy rowerowe jeżdżę od kilku lat. Do takiej formy wypoczynku dawno temu zachęciły mnie - co może niezwykłe - uczennice z Kenara: Ania, Natalia i Asia. W roku 2012 postanowiłem połączyć wypoczynek nad morzem, zwiedzanie zabytków i górską wspinaczkę. W ten sposób zrodził się pomysł wyprawy dookoła Alp przez Włochy, Francję i kawałek Szwajcarii, której kulminacyjnym momentem było przejechanie najwyższą drogą w Europie, czyli zdobycie Col de la Bonette (2802 m npm.)

Krok 1. Z rowerem w pociągach do Italii.Z racji ograniczonego urlopu pierwszy odcinek wyprawy do granicy włoskiej przejeżdżam w pociągach. Wybieram trasę przez Słowację, Węgry i Słowenię. Na początek pokonuję 30-kilometrowy odcinek drogi z Zakopanego na stację kolejową w miejscowości Trstená na Słowacji. Po 2 przesiadkach docieram do Komárna na granicy z Węgrami. Węgierski odcinek pokonuję w 4 pociągach i po zmroku dojeżdżam do granicy słoweńskiej. Niedaleko stacji kolejowej spędzam ciepłą noc, śpiąc pod gołym niebem. Dobrze mi się śpi na polu, w nocy tylko raz budzi mnie jeż fukając głośno nad głową. Wstaję o przed świtem i pakuję się do słoweńskiego pociągu. Po ostatniej przesiadce w Ljubljanie dojeżdżam do stacji Sežana blisko granicy włoskiej.

Krok 2. Na dwóch kółkach po włoskich cyklostradach. Rozpoczynam jazdę ładną, nową drogą rowerową do granicy. Po krótkim podjeździe zaczyna się ostry zjazd do Triestu. Robię rundę po pięknym mieście, oglądając zabytki i ruszam do Akwilei. Wiatr wieje w plecy, dobrze się jedzie, choć jest 35 stopni ciepła. W Akwilei zwiedzam bazylikę z wielką mozaiką (największa zachowana mozaika wczesnochrześcijańska) i rozmawiam z grupą miłych Francuzów. Pod wieczór docieram do Wenecji, która nie nadaje się do zwiedzania na dwóch kółkach, więc jadę prosto na camping. Podczas całej wyprawy planuję na zmianę noclegi na dziko i na campingach. Tym razem mam ochotę na bardziej cywilizowane warunki i ciepły prysznic. Kolejnego dnia pierwsza część trasy prowadzi ruchliwą drogą. Mija mnie tir za tirem i nie jedzie się zbyt przyjemnie. Mam na bagażniku polską flagę i pozdrawiają mnie kierowcy-rodacy. Jest gorąco i bezwietrznie. Nie wiem, ile jest stopni, ale żar leje się z nieba. Przez cały dzień droga jest płaska i powoli robi się monotonna. Po 120 km zaczynam szukać miejsca na nocleg. Nie jestem zmęczony, ale po prostu znudzony jazdą po płaskim, trzcinowym wybrzeżu. Marzy mi się kąpiel w ciepłym Adriatyku. Ciężko znaleźć dziki biwak, więc decyduję się na spanie na campingu. Po kolacji pierwszy raz wchodzę do morza. Woda jest rzeczywiście cieplutka. Kolejnego ranka przed wyjazdem wchodzę najpierw do morza. Jazda wzdłuż wybrzeża wiąże się z takimi miłymi chwilami na każde żądanie. Dość wcześnie docieram do Rawenny, ale słońce już mocno grzeje. Zwiedzam starochrześcijańskie budowle. Jestem pod wrażeniem niezwykłych świątyń i przede wszystkim pięknych mozaik. Już dawno chciałem zwiedzić to miasto i jego bizantyjskie zabytki. Wyjeżdżam z miasta po południu. Kończy się płaski etap wyprawy. Przede mną podjazd na ponad 900 m. Ciekawe, dokąd dziś dojadę? Nastawiam się, że będę jechać nocą, bo mam dobre oświetlenie z przodu i z tyłu. Niestety wieje w twarz i jest ponad 35 st. Jadę powoli, żeby się nie męczyć i co 10 km robię krótkie postoje. Na wieczór wiatr nie słabnie, jak się spodziewałem, lecz zaczyna wiać coraz mocniej. Jadę dalej pod górę w ciemnościach. Na wysokości 620 m zaczynam szukać miejsca na nocleg. Po lewej stronie drogi widzę stromą ścieżkę prowadzącą w dół do strumyka. Kładę rower na ziemię i sam rzucam się do śpiwora. Niebo jest bezchmurne, a noc ciepła, więc nie rozkładam namiotu i zasypiam na 5 godzin pod gwiazdami. W nocy budzę się kilka razy, bo wiatr mocno wieje, ale nie jest zimno.Po nocy na zboczu wstaję o 5:40, gdy jest już widno. Rozpoczynam podjazd na przełęcz Muraglione, na wysokość 907 m Droga wije się serpentynami w lesie. Niespodziewanie szybko jestem na szczycie. W dół prowadzi piękny zjazd - szybki, stromy i kręty! Po górach i dolinach dojeżdżam do kolebki i perły renesansu - do Florencji. Ale cudo! Florencja to kolejne miasto, które od dawna chciałem zobaczyć. Z daleka widać kopułę duomo. Przez kilka godzin zwiedzam najważniejsze zabytki, przeciskając się z rowerem przez tłumy turystów z całego świata. Po południu jem obiad, wsiadam do pociągu i jadę do Pizy. W Pizie spędzam tylko chwilę, oglądając oczywiście katedrę, baptysterium i krzywą wieżę. Jest rzeczywiście niezwykła.

a2_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Z Pizy jadę dalej pociągiem na wybrzeże liguryjskie do Levanto na camping. Kolejnego dnia od rana czeka mnie rowerowa atrakcja. Jadę wzdłuż wybrzeża piękną drogą dla rowerów wytyczoną na trasie nieczynnej linii kolejowej. Trasa jest bardzo widokowa i przeplatana tunelami. Co chwilę zatrzymuję się, by popatrzeć na spokojne morze. Po 8 km dojeżdżam do Framury. Tu droga dla rowerów kończy się i rozpoczynam wspinaczkę na ponad 600 m. Jest słonecznie, ale nie upalnie, a do tego jadę w cieniu drzew. Ze szczytu rozciągają się piękne widoki z każdej strony. Po obiedzie czeka na mnie deser w postaci zjazdu z 600 m do poziomu morza. Po południu dojeżdżam do Chiavari, gdzie zaplanowałem nocleg. Kolejny dzień rozpoczynam od ostrego podjazdu na 200 m, dalej są dwa tunele i zjazd do Rapallo. Następna góra jest jeszcze wyższa, ale pocieszam się, że to ostatnie takie wzniesienie tego dnia. Ze szczytu rozpościera się piękny widok. Robię więc odpoczynek, a potem zjeżdżam do Genui. Kilka godzin zwiedzam miasto, które jest zaskakująco bezludne. Może dlatego, że jest niedziela i mieszkańcy wyjechali na weekend? Za Genuą przez kilka kilometrów jadę drogą dla rowerów na trasie starej linii kolejowej. Oczywiście są tunele i piękne widoki. Wieczorem zatrzymuję się jeszcze na miłą kąpiel w ciepłym morzu. Dojeżdżam do Savony, jem kolację nad morzem, a gdy zapada zmierzch szukam spokojnego miejsca na nocleg. Ulice są puste, bo Włosi grają mecz na Euro. Kładę się spać w korycie wyschniętej rzeki. Noc jest ciepła, nawet nie wchodzę do śpiwora. Późnym wieczorem budzą mnie krzyki, wystrzały fajerwerków i klaksony. Czyli Italia wygrała. Budzę się o 5:00 i po śniadaniu ruszam wzdłuż wybrzeża. Szybko połykam kolejne kilometry ze średnią ponad 20 km/h. Droga jest piękna - znów na szlaku nieczynnej linii kolejowej, wykuta w skale, z galeriami i tunelami. Chmury rozchodzą się powoli i zaczyna grzać. W południe mam już przejechane 70 km. Jadę kawałek drogą tylko dla rowerów wzdłuż wybrzeża, wiatr wieje prosto w plecy i rozpędzam się prawie do 30 km/h bez wysiłku. W Imperii, jak każdego dnia, kąpię się w ciepłym morzu. Plaża jest piaszczysta, woda lazurowa, a morze lekko wzburzone.

a3_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Odbijam na północ, bo tym razem zatrzymuję się u mojego kolegi don Tomaso, który jest proboszczem w górskiej parafii.  Dziś śpię pod dachem. Jest okazja, żeby zrobić pranie i naładować baterie.

a4_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Wieczorem robimy wycieczkę samochodem po okolicznych miasteczkach. W każdym z nich można spotkać zabytki sprzed wielu wieków i inne atrakcje. Najbardziej urzeka mnie Valloria - miasto pomalowanych drzwi. Raz do roku przyjeżdżają tam malarze z całego świata i w ramach niezwykłego pleneru tworzą prawdziwe dzieła sztuki na drzwiach do domów.Rano jeszcze zwiedzam Dolcedo i okoliczne miasteczka. Na uwagę zasługuje most wybudowany przez rycerzy maltańskich w XIII w. Wchodzę na kościelną wieżę i podziwiam okolicę z góry.

a5_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Po pół dnia takiego odpoczynku i zjedzeniu obiadu u włoskiej rodziny ruszam dalej. Dziś wieczorem ma dołączyć do mnie towarzysz podróży - Marek, którego znajomi przywiozą z Polski autem. Za Imperią rozpoczyna się 25-kilometrowa cyklostrada do San Remo poprowadzona trasą starej kolei. Po drodze jest kilka tuneli rowerowych, z których najdłuższy ma 1500 m (!). Trasa przelatuje przez San Remo wzdłuż wybrzeża. Zbliżam się do granicy francuskiej, gdzie spotykam ekipę z Polski. Nocujemy na campingu w Menton, po stronie francuskiej. Na kolację jemy gorące przysmaki prosto z Polski i długo rozmawiamy wymieniając wrażenia.

Krok 3. Znad morza w góry najwyższe na ziemi francuskiej (i szwajcarskiej). Po śniadaniu pakujemy się i zjeżdżamy na plażę. Kąpiemy się w ciepłym morzu i opalamy. Ruszamy dopiero po 13:00. Po drodze zajeżdżamy do Monako, robimy kilka zdjęć i kierujemy się do Nicei. Jest bardzo gorąco, a droga, choć wzdłuż wybrzeża, jest bardzo górzysta. W Nicei robimy zakupy na zapas i skręcamy na północ w kierunku Alp. Przez 2 dni będziemy wspinać się na najwyższą przejazdową drogę w Europie - Col de la Bonette, na wysokość 2802 m npm. Przed wyjazdem z miasta spotykamy zaczepia nas miły Anglik Fabian. Pyta o naszą wyprawę, skąd i dokąd jedziemy i z podziwem wyraża się o narodzie polskim (You are crazy!). Po wjechaniu na odludne rejony na wysokości 230 m znajdujemy w lesie świetne miejsce noclegowe na skalnej półce.  Kolejny dzień jedziemy cały czas pod górę. Na szczęście podjazd jest łagodny, a widoki przepiękne. Podjeżdżamy kolejne metry npm. - 500, 600, 700, 800… Dokoła rozpościerają się piękne widoki, na niebie chmury lekko zakrywają słońce, a wiatr wieje w plecy. Troszkę przeraża nas myśl, że przed nami jeszcze 2000 m podjazdów. W Saint-Étienne-de-Tinée, ostatnim miasteczku przed szczytem, nabieramy dużo wody na zapas. Podjazd robi się bardziej stromy, ale pogoda w dalszym ciągu jest bardzo sprzyjająca. Jesteśmy w górach, więc sytuacja szybko się zmienia. Po podjechaniu 250 m, na wysokości 1700 nagle zbierają się ciemne chmury burzowe, rozlegają się grzmoty i zaczyna padać mocny deszcz. Chowamy się pod drzewem. Na szczęście burza przechodzi obok, a na nas pada tylko kilka wielkich kropel deszczu. Im wyżej podjeżdżamy, tym droga jest bardziej stroma, a tempo jazdy wolniejsze. Robimy odpoczynki po podjechaniu kolejnych 100 m do góry, potem już co 50 m. Ale cały czas do góry. Tak zdobywamy magiczną granicę 2000 m npm. Tu już nie ma zabudowań, nie ma drzew, nie ma gdzie się schronić. Ściemnia się i trzeba szukać noclegu. Postanawiamy schronić się w ruinach koszar Camp des Fourches na wysokości 2291 m. Podjazd jest coraz cięższy, ale przecudne widoki alpejskie rekompensują cały trud.  Od czasu do czasu mija nas samochód. Poza tym pustka i cisza. Mamy wielkie szczęście, bo chmury się rozeszły i nad nami czyste niebo. Nie ma też wiatru i jest ciepło, jak na górskie warunki, choć kurtkę trzeba założyć. Dojeżdżamy do koszar i znajdujemy zadaszony domek, gdzie spędzimy noc. Po Mszy św. odprawionej w bajecznej scenerii stoję jeszcze długo przed obozem, podziwiając nieziemskie krajobrazy.

a6_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Już nie mogę się doczekać jutrzejszego wjazdu na szczyt. Zostało nam tylko 500 m. do góry.Po nocy w koszarach wstajemy o 6:00, jemy śniadanie i wyjeżdżamy. Widoki zapierają dech w piersiach. Niebo jest błękitne, nie ma wiatru, jedzie się przyjemnie. Po obu stronach drogi pojawiają się stada świstaków, które nie płoszą się na nasz widok, tylko z ciekawością się przyglądają.

a7_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Ostatnie 100 m. jest bardzo strome i musimy pchać rowery pod górę. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze, by zrobić zdjęcia na tle wielkich połaci śniegu.  Powoli dociera do nas, że się udało! Zdobyliśmy Col de La Bonette, najwyższą drogę przejazdową w Europie! Wjechaliśmy rowerami z ciężkim bagażem na 2802 m npm. Mimo wczesnej pory na szczycie jest już kilku turystów, którzy głośno wyrażają swój podziw dla naszego wyczynu. Po zrobieniu zdjęć przy głazie-pomniku zostawiamy rowery na drodze i wchodzimy na punkt widokowy na szczycie (2862 m npm). Jestem wyżej niż najwyższe szczyty tatrzańskie i do tego wjechałem tu rowerem. Niesamowite! Chwila jest tak niezwykła, że chciałoby się zostać w tym miejscu jak najdłużej.

a8_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Wreszcie zbieramy się jednak do zjazdu. Choć słońce już mocno świeci, zakładam kurtkę przeciwwiatrową i ocieplacze na kolana. Przed nami szaleńcza droga w dół. Czuję lekki dreszcz emocji. Wszak dokładnie w tym miejscu w 2008 r. podczas etapu Tour de France kolarz południowoafrykański Augustin nie wyrobił się na zakręcie i spadł w przepaść razem z rowerem. Trzymając więc dłonie na klamkach hamulcowych ruszamy w dół. Prędkość błyskawicznie przekracza 50 km/h. Niestety na wysokości 2585 m npm. nie udaje mi się wyrobić na ostrym zakręcie 180 st. Wylatuję z drogi i wpadam na kamieniste pobocze. Upadek, wywrotka, leżę w pyle drogi. Na szczęście rower jest cały i ja czuję, że jestem cały. Wsiadam z powrotem i zjeżdżam dalej, tym razem już zwalniając przed każdym zakrętem. Po zjechaniu ponad 100 m widzę, że muszę opatrzyć sobie kolano, które jest lekko otarte i krwawi. Po dłuższej chwili od wypadku zaczynam odczuwać ból kolana i ręki. Okazuje się, że mocno jestem potłuczony, ale nie przeszkadza to w jeździe, tym bardziej, że przez najbliższe kilkadziesiąt kilometrów w dół nie muszę w ogóle pedałować. Cały czas jadąc o wiele ostrożniej, niż na początku drogi, docieramy do miasteczka Jausiers. Droga prowadzi dalej w dół, ale o wiele łagodniej. Świeci słońce, ale wieje mocny wiatr w twarz, więc nawet nie czujemy spadku i musimy mocno pedałować, żeby utrzymać szybkie tempo. To nie koniec pięknych widoków na dziś. Dojeżdżamy do turkusowego jeziora Lac de Serre-Ponçon Zanim będziemy podziwiać ten cud przyrody, musimy wspiąć się 200 m. Wszystkie trudy tego podjazdu rekompensuje bajeczny widok jeziora i okolic. Jedziemy wzdłuż jeziora, a potem wzdłuż rzeki La Durance. Po dwóch nocach na dziko znajdujemy tani nocleg na campingu. Miejsce jest bardzo miłe, a do tego właściciel zaprasza nas do skorzystania z basenu! Po takim niezwykłym dniu przydaje się relaks w wodzie.Po ciężkich dniach w wysokich Alpach śpimy długo i wyjeżdżamy dopiero o 9:15. Droga biegnie w lesie i upał nas nie męczy. Tego dnia zdobywamy jeszcze kilka łatwych przełęczy. Trasa jest bardzo urokliwa, prowadzi przez niezamieszkałe tereny. Przez cały dzień wzdłuż rzeki Eygues towarzyszą nam piękne krajobrazy - fantazyjne góry i skały oraz dużo leśnych obszarów. Jest upalnie, więc po południu robimy dłuższą przerwę na leżakowanie. Potem wchodzę do rzeczki, żeby ochłodzić sobie nogi i okazuje się, że woda jest bardzo ciepła. Znajdujemy kąpielisko między skałami i pływamy jak w basenie. Woda jest w tym miejscu głęboka na 2 metry. Po wspaniałej kąpieli zjeżdżamy do Nyons i dalej bocznymi drogami udajemy się w kierunku doliny Rodanu. Tuż przed zmrokiem szukamy miejsca na nocleg. Znajdujemy kawałek łąki w dole, poza widokiem z drogi nad strumykiem. Po zapadnięciu zmroku słyszymy w zaroślach zwierzęta, pewnie sarny. W nocy okazuje się, że to jednak dziki, ale nie podchodzą do namiotów, tylko kręcą się przy strumyku. W nocy mocno wieje, podobnie nad ranem. Wyjeżdżamy wcześnie rano, po krótkim podjeździe jedziemy ostro w dół do doliny Rodanu. Przed nami długi kawałek trasy w górę rzeki. Wieje mocny wiatr, zbierają się chmury, robi się zimno i po chwili zaczyna padać. To pierwszy deszcz od dwóch tygodni, nie licząc kilku kropel burzy, która przeszła bokiem w Alpach. Zatrzymujemy się na przystanku, żeby przeczekać opady. Przestaje padać i jedziemy dalej. Podczas przerwy na obiad w McDonaldsie zaczyna okropnie lać. Siedzimy prawie 2 godziny, licząc na poprawę pogody. Wydaje się, że pada mniej, więc ruszamy. Co chwilę robimy odpoczynki wysuszające na przystankach. Z każdą godziną leje coraz mocniej, więc późnym popołudniem podejmujemy decyzję - nie będziemy się męczyć, ale zatrzymujemy się na nocleg na najbliższym campingu. W ulewnym deszczu rozbijamy namioty, jemy kolację i idziemy wcześnie spać. Całą noc leje i nad ranem nie przestaje. Czekamy w namiotach na zmianę pogody. O 10:30 postanawiamy podjechać do Lyonu pociągiem.

a9_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

W deszczu jedziemy na stację kolejową i pakujemy się do pociągu. W Lyonie już tylko mży.  Zwiedzamy miasto, wjeżdżamy z trudem na wzgórze bazyliki Fourvière, objeżdżamy stary Lyon i jemy obiad w olbrzymim Parc de la Tête D’Or. Opuszczamy Lyon i gnamy do Ars, miasta świętego Proboszcza Jana Marii Vianney’a. Rano idziemy na Mszę św. w bazylice, zwiedzamy dom św. Jana Marii Vianney’a, jemy śniadanie, pakujemy się i wyjeżdżamy. Pierwszy odcinek drogi jest płaski i szybki. Bez zatrzymywania się przejeżdżamy 45 km do Bourg-En-Bresse. Po kilku kilometrach za miastem zaczyna się podjazd. Najpierw dwie małe górki, a potem trzecia najwyższa. Po górach zjazd do doliny rzeki L’Ain. Wokół nas rozciągają się przepiękne widoki. Jedziemy wzdłuż jeziora Lac de Coiselet. Za jeziorem zmieniamy rzekę i jedziemy doliną La Bienne. W Vaux-Lès-Saint-Claude odbijamy na północ i jedziemy pod górę. Rozbijamy się na nocleg na łące pod lasem. Księżyc w pełni oświetla polanę i w jego blasku jemy kolację, wsłuchując się w odległy dźwięk krowich dzwonków. Jesteśmy na wysokości ponad 600 m npm. W nocy podchodzą do nas zwierzęta (sarny?), ale nie zaglądają do namiotów.Wstajemy wcześnie, jest chłodno, więc dobrze nam robi na początek dnia podjazd na 900 m. Jesteśmy w Jurze Francuskiej i przez cały dzień towarzyszą nam piękne górskie krajobrazy, urocze wioski, krowy na łące, strumyki i jeziorka. W środku dnia robimy dłuższy odpoczynek obiadowy nad jez. Lac Saint-Point. Dalej jedziemy wzdłuż rzeki Le Doubs, która płynie pięknym przełomem między skałami. Nawiedzamy kaplicę w jaskini - cud świata. Przed 18:00 jesteśmy w Morteau, gdzie planowaliśmy nocleg. Robimy zakupy na kolację i kolejny dzień i rozbijamy się na campingu. Zdążamy tuż przed burzą, ciesząc się, że nie pojechaliśmy dalej. Po burzy podziwiamy pełną podwójną tęczę. Jutro już ostatni dzień rowerowy i odwiedziny Szwajcarii.Wyjeżdżamy o 9:30. Jest zimno i pochmurno. Po 5 km zaczyna się podjazd i można się rozgrzać. Przez dwa tunele wjeżdżamy do Szwajcarii. Jesteśmy na Jurze Szwajcarskiej, więc po kilkunastu kilometrach spokojnej jazdy czeka nas podjazd na 1070 m. Jedziemy trasą, na której za 3 dni będą się ścigać uczestnicy Tour de France. Za Saint-Brais skręcamy na szlak rowerowy nr 7. Po przerwie obiadowej raduje nas długi, prosty i szybki zjazd, na którym osiągamy prędkość ponad 60 km/h. Po minięciu autostrady mamy niestety stroma wspinaczka na przełęcz de la Croix. Podjazd jest ostry i robimy odpoczynki po podjechaniu każdych 100 m. Za szczytem jest już miła droga w dół z kilkoma lekkimi podjazdami. Po krótkim pobycie w Szwajcarii wjeżdżamy znów do Francji. Po 95 km robimy ostatni dłuższy odpoczynek. Ostatnie 30 km to droga praktycznie cały czas w dół ze średnią prędkością ok. 30 km/h. Nocujemy w Huningue na campingu tuż nad Renem. W oddali słychać barki płynące na rzece, a z bliska rozkrzyczaną francuską młodzież. Tuż po rozbiciu namiotów przychodzi krótka burza, ale mamy już bezpieczne schronienie.

Krok 4. Kolejowy powrót przez Niemcy i Polskę.Ostatnie dwa dni wyprawy to powrót koleją niemiecką i polską do Zakopanego z 11 przesiadkami. Było trochę przygód, odwołane i spóźnione pociągi oraz podtopienia torów po ulewnych deszczach, ale w końcu szczęśliwie dotarłem do domu.Pozostały niezapomniane wrażenia, wspomnienia, zdjęcia, filmy i wielka radość w sercu. Choć od zakończenia wyprawy minęło już kilka miesięcy, za oknem biało od świeżego śniegu, ja wciąż mam w pamięci chwile spędzone na dwóch kółkach. Pamiętam wieczór wśród alpejskich szczytów, przenikliwą ciszę i bajeczne widoki. Czuję odświeżające morskie fale na Lazurowym Wybrzeżu i gorące słońce, które szybko opala. Słucham przyśpieszonego bicia mojego serca, gdy z trudem podjeżdżam na kolejną przełęcz. W ustach czuję smak gorącego ravioli z puszki i świeżej bagietki prosto z piekarni. Podnoszę rękę i pozdrawiam rowerzystów, którzy z uśmiechem na ustach mnie mijają. Tak, minęło trochę czasu, ale tego się nie zapomina. I może właśnie o to chodzi?

a10_1d9e3f0535088cd5bea32d2918f589da.jpg

Czas jazdy: 17 dni.Przejechane na rowerze: 1588 km.Suma przewyższeń: 15542 m.Najdłuższy etap dzienny: 125 km.Największa dzienna suma przewyższeń: 2160 m.Najwyższa osiągnięta wysokość: 2802 m npm.Szczegółowy opis wyprawy dzień po dniu na stronie: cykloza07.blogspot.com

ks. Michał Kiersnowski SAC