E-Dziennik
Wspomnienia o Maćku Berbece

Maciej_Berbeka_2013_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

Zawsze mogłam na nim polegać.

Drogi naszego życia zetknęły się ze sobą dosyć dawno i przetrwały aż do dzisiaj.

Był to rok 1969. Byłam przypuszczalnie jedną z ostatnich osób, jakie przyjęła do pracy w Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara żona patrona Szkoły - pani Halina Kenarowa. Od nowego roku szkolnego pani Dyrektor przechodziła na emeryturę.

Pierwszego września jako wychowawca stanęłam przed dosyć dużym zespołem klas pierwszych - tzn. klasą rzeźby i klasą stolarstwa. Trema łączyła mnie z tą gromadką 15-latków. Poza tym nie znałam ich, większość była spoza Zakopanego.

Był tylko jeden uczeń, z którym natychmiast połączyła mnie więź porozumienia.

Był to Maciek Berbeka. Pamiętałam go z pogrzebu ojca Krzysztofa - naczelnika GOPR-u, ale wtedy był małym chłopcem o skrzywionej buzi. Już wtedy go obserwowałam, bo mniej więcej w jego wieku i ja straciłam ojca.

Teraz znalazł się w zespole, za który czułam się odpowiedzialna. Połączyła nas wspólna pasja, mistyczna siła, jaka płynęła z gór. Ja byłam już wtedy taterniczką z określonym dorobkiem wspinaczkowym, który kwalifikował mnie do członków zwyczajnych Klubu Wysokogórskiego.

Niestety, miałam za sobą i wypadek taternicki, który pozbawił mnie szans na dalszą karierę alpinistyczną, ale nobilitował mnie w oczach moich uczniów, a szczególnie w oczach Maćka.

Berbeka w tym czasie zaczął się intensywnie wspinać, kierowany przede wszystkim charyzmą nieżyjącego ojca. A ja byłam dumna z takiego ucznia i nawet przymykałam oko na małe absencje, spowodowane jego pasją.

Już jako przewodnik tatrzański podkreślałam na każdym kroku, że zawodem nobilitującym w naszej zakopiańskiej społeczności jest ratownik górski. Uczeń Maciek Berbeka mógł się czuć dumny z tego powodu, że był synem ratownika.

Od początku naszej szkolnej egzystencji Maciek był oficjalnie wójtem klasy stolarskiej, ale faktycznie, mówiąc językiem górskim , był swoistym „zwornikiem” między mną a dwoma klasami.

Wiedziałam, że to przypadek sprawił, iż stał się uczniem szkoły plastycznej. Pamiętam, jak zaprowadziłam go do biblioteki szkolnej. Pokazałam mu bogaty dział albumów ze sztuki i powiedziałam - tu jest ukryty twój talent. Maciek bardzo dużo pracował nad sobą, pożyczał albumy, szkicował, korygował rysunki z wujem prof. Arkadiuszem Walochem. To dzięki pracowitości i uporowi Maciek został przyjęty z wysoką lokatą na krakowską ASP.

Powrócę jednak do lat szkolnych, bo czuję się upoważniona do tych wspomnień.

Maciek dał się szybko poznać jako młody człowiek o silnym charakterze. Zawsze mogłam na nim polegać.

W tym czasie nie było wymogów dotyczących liczby opiekunów dla grupy w czasie wycieczki. Ja organizowałam wycieczkę dla całego zespołu dwóch klas, aby młodzież uczyła się kontaktu z górami. Miałam już wtedy uprawnienia przewodnika tatrzańskiego. Szłam zawsze na początku grupy, a niezawodny Maciek zamykał zespół. Byłam pewna, że nigdy nikogo nie zostawi. Płynęła przecież w nim krew ratownika górskiego.

Chodziłam z tym zespołem po Tatrach Polskich i Słowackich, byliśmy w prawie wszystkich polskich dolinach, nocowaliśmy w prawie wszystkich polskich schroniskach.

Przypominam sobie jedną z tych wycieczek. Pierwszym celem była piękna Jaskinia Bielska. Potem górą (jeszcze wtedy można było tamtędy chodzić), częścią grani Tatr Bielskich zeszliśmy Zadnimi Koperszadami do wsi Jaworzyna, oczywiście wszystko na Słowacji. Potem na nogach (busów wtedy nie było) na Łysą Polanę, do przejścia granicznego. Następnie również na nogach, tyle że dołem, doszliśmy już o zmierzchu do schroniska w Roztoce. Czekała na nas gorąca zupa. Większa część grupy była już w schronisku. Ale ciągle nie było Maćka i tych najgorszych guzdrałów. Czy komuś coś się stało? Przecież został im ten prosty odcinek drogi? Zaczęłam się denerwować. Wyszłam przed schronisko. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam moich uczniów nadchodzących z przeciwnej strony, od Morskiego Oka! Maciek tłumaczył, że przechodzili już tędy, ale suszyły się jakieś pieluchy i poszli dalej. A to suszyły się po prostu prześcieradła, a ponieważ był zmierzch nie dostrzegli schroniska. To był ten jedyny raz, kiedy zgubiłam na krótko Maćka i dlatego dobrze tę wycieczkę zapamiętałam.

Drugiego dnia dziewczęta które miały poobcierane nogi, wróciły pekaesem do Zakopanego. Zostali tylko ci, którzy chcieli pójść w wyższą partię Tatr. Te sytuacje zbliżały nas do siebie. Ja czułam odpowiedzialność opiekuna, przewodnika, a Maciek czuł już wtedy odpowiedzialność ratownika. Był przecież po złożeniu przysięgi ratowniczej.

Celem tamtej wycieczki była Świnica. Weszliśmy wszyscy bez większego trudu na wierzchołek.

Zapamiętałam westchnienie jakiegoś turysty - jakby chciał mieć takiego wychowawcę. Ja wtedy dumna wskazałam na grupę, a szczególnie na Maćka.
To z tą młodzieżą słuchaliśmy w Dolince Pustej poezji Zamarłej Turni, to oni pomogli mi poskromić swoich rówieśników słowami Tetmajera nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. To były moje dzieciaki, a Maciek był tym, na którym bez reszty mogłam polegać.

a1_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.JPG

Wycieczka klasowa, Maciej Berbeka, od góry pierwszy z prawej

Z Maćkiem organizowaliśmy też szkolne wypady narciarskie, ale te wycieczki nie były zbyt liczne.

Czasami łamaliśmy prawa górskie, ale nigdy w Tatrach. Pamiętam klasową wycieczkę w Pieniny. Czas podawany na drogowskazach skracaliśmy do 1/3. Po szybkim, prawie że biegu siadali na wybranym miejscu i wyciągali swoje szkicowniki. Szkicowaniem nadrabiali uzyskany swoją sprawnością czas. Przy maturze moje klasy nie musiały się martwić zawartością szkicowników.

Rozstałam się z tym zespołem w 1974 roku. Kilka lat później, w latach 80 jeden z kolegów klasowych Maćka, Julek Sztuczka, zaprosił nas na mszę prymicyjną do Łomnicy Zdroju. Maciek wrócił właśnie z Mount Everest. Opowiadał, że weszli nową drogą, a przełęcz przez, którą przechodzili, nazwali Przełęczą Jana Pawła II (szukałam w internecie tej informacji, ale nigdzie jej nie znalazłam, a pamiętam dobrze ten fakt i nie tylko ja to zapamiętałam). Na uroczystościach było dosyć dużo księży z KUL-u i gratulowali mi takich uczniów, jak Maciek - himalaista i mały, skromny chłopiec Julek, który skończył dwa fakultety.

Minęły znowu lata, a ja uczyłam już dwóch starszych synów Maćka. Najstarszy musiał mieć imię dziadka, czyli Krzysztof. Jego klasie zorganizowaliśmy wycieczkę do Doliny Chochołowskiej. Był piękny jesienny dzień. Tym razem Maciek - znany już himalaista, ratownik, przewodnik, a nawet przez pewien czas nauczyciel naszej Szkoły - był na czele wycieczki, a ja zamykałam grupę. Na postoju Maciek zaczął wspominać Himalaje, Alpy, a nawet Tatry Słowackie, podkreślając jedyne w swoim rodzaju piękno Tatr Polskich. To tutaj lodowiec najbogaciej wyrzeźbił góry, doliny, wąwozy, dwa piętra regli, „ nie ma drugiej na świecie takiej krainy”.

Tak żyliśmy obok siebie, w jednym mieście, w majestacie ukochanych Tatr.

Gdy Jego syn Krzysztof brał ślub na Polanie Chochołowskiej, to mnie, obolałą po wypadku, dowiózł Maciek prawie na miejsce.

Gdy mnie dotknęła tragedia osobista, Maciek jak prawdziwy syn, przygarnął mnie do siebie ze słowami “nic nie mów”.

A ja, jak matka, pamiętałam jego rocznik i pocieszałam się, że już więcej nie pojedzie w Himalaje.

Ale pojechał ...... i nie wrócił.

Małgorzata Janicka

a2_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

Takim wspaniałym człowiekiem pozostanie w naszej pamięci i sercach.

Rok szkolny 1973/74, pierwszy z moich kolejnych, w ówczesnym Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem. Moje pierwsze lekcje języka francuskiego w klasie V maturalnej nie były łatwe; klasa w znacznej części męska, uczniowie w wieku rozkwitu młodzieńczego buntu, z temperamentem godnym „pięknych 20-letnich”, z zapałem próbowali zniechęcić debiutującą w pełnieniu zaszczytnej misji „niesienia kaganka oświaty”. W grupie tej rozbawionych czasem nadmiernie młodzieńców był Maciek - skromny bez cech przywódcy, poważny, skupiony, o sympatycznej twarzy i życzliwym, ciepłym spojrzeniu. Baczny obserwator zauważyłby, że nie akceptując w pełni szczeniackich wybryków kolegów, czuje łączącą ich wszystkich więź koleżeńską, a jednocześnie zachowuje własną indywidualność...

W latach osiemdziesiątych Maciek, z dyplomem krakowskiej ASP, uznany już himalaista, dołączył na jakiś czas do grona nauczycieli przedmiotów artystycznych PLSP. Jego pasja wspinaczki wysokogórskiej znalazła swoje przełożenie na pracę w szkole; nie negując jej założeń artystyczno-dydaktycznych, realizował z uczniami meblarstwa artystycznego nowatorskie projekty, biorąc pod uwagę na przykład potrzeby osób niepełnosprawnych. Takie modele mebli; ergonomiczne, funkcjonalne, wygodne, a zarazem uwzględniające aktualne wymogi wzornictwa -wykonali uczniowie Maćka jako swoje prace dyplomowe…

Maciek nie umiał być konformistą; nie mogąc być stale dyspozycyjnym jako nauczyciel z racji swoich wypraw wysokogórskich, wybrał to drugie…

A potem Jego i żony Ewy synowie - Krzysztof, Staś, Franek - kolejno kończyli liceum ojca. Teraz najmłodszy, Jaś, jest uczniem gimnazjum aktualnego Zespołu Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenara.

Jako wychowawczyni Krzysztofa, a później Franka, wielokrotnie kontaktowałam się z Maćkiem, który, wysłuchując informacji o ocenach, zachowaniu oraz frekwencji synów, był jednym z troskliwych rodziców czuwających nad wychowaniem swoich dzieci, a nie byłym kolegą-nauczycielem, czy gwiazdą polskiego himalaizmu. Był zawsze takim Maćkiem, jakiego poznałam jako ucznia klasy maturalnej, i takim wspaniałym człowiekiem pozostanie w naszej pamięci i sercach.

Ewa Babilas-Polley

a3_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

„Bądź wierny Idź”

Góry od zawsze fascynują i przyciągają ludzi. To przecież z powodu piękna i bliskości Tatr przez cały rok przyjeżdżają pod Giewont tłumy z Polski i z zagranicy. Przyjeżdżają, żeby przejść się doliną, zdobyć szczyt albo tylko popatrzeć na piękno gór. A co wtedy, gdy ktoś urodził się w Zakopanem, a jego ojciec i brat ojca wspinają się po górach? Wtedy droga życiowa jest prosta. Wtedy góry nie tylko przyciągają, ale wciągają całego człowieka. Góry stają się przeznaczeniem, a miłość do gór zajmuje spory kawałek w sercu. Tak właśnie było w życiu Maćka Berbeki. Jak sam mówił o sobie: „Tatry są dla mnie jakby domem. Tutaj zawsze wracam, tutaj mieszkam, od nich zaczynałem. Tutaj zaczynałem chodzić, wspinać się, poznawałem ludzi, którzy w Tatrach bywali. Miałem szczęście przyjść na świat w rodzinie, w której wszyscy naokoło chodzili po górach, wspinali się lub jeździli na nartach. Ta droga w Tatry była niejako przedłużeniem rodzinnej działalności.”

Ewa Berbeka, żona Maćka, poświęciła swojemu mężowi serię kolażów, zatytułowaną „W drodze”. Jeden z nich, zatytułowany „Bądź wierny Idź”, inspirowany jest wierszem Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”. Kolaż przedstawia wspinacza, który spokojnym krokiem zdobywa szczyt wraz z trójką towarzyszy wędrówki. Tłem dla tej sceny są słowa poety: „czuwaj /kiedy światło na górach daje znak/ wstań i idź”.

Nie miałem okazji poznać Maćka bardzo blisko, choć poznałem dobrze całą rodzinę. Trzech synów – Staszka, Franka i Jaśka - uczyłem w szkole i w parafii, z żoną Ewą i teściową Moniką spotykaliśmy się w różnych sprawach związanych z życiem parafii i sanktuarium na Krzeptówkach. Maciek był człowiekiem w drodze, zakochanym w górach, wędrującym po szczytach. Ale z tych krótkich chwil znajomości, zwykłych rozmów czy jego wspomnień z pracy w Szkole Kenara, wyłaniał mi się obraz osoby bardzo szlachetnej, pełnej duchowej głębi, o bogatym wnętrzu. To, co miał w sobie pięknego, chciał także przekazać swoim synom. Ważnym zadaniem każdego ojca jest ukazywanie świata wartości, umacnianie w dziecku wiary w siebie i we własne możliwości. Patrząc na synów Maćka, widziałem, że chłopaki mieli wielkie szczęście doświadczać w domu miłości ojca.

„Czuwaj /kiedy światło na górach daje znak/ wstań i idź”. Maciek poszedł na Broad Peak, wyrównać rachunki z przeszłości. Wspiął się na szczyt ten ostatni, ten najlepszy. Stamtąd, ze szczytu, Pan wezwał go do siebie. Za wcześnie? Dla nas tu, na dole, zawsze jest za wcześnie. Zawsze żal jest stracić drugiego człowieka, szczególnie tak wspaniałego, jak Maciek. Ale obok żalu, smutku i tęsknoty jest jeszcze nadzieja. Że przecież spotkamy się kiedyś na najwyższym szczycie. My wszyscy, wspinacze wędrujący do niebieskiej ojczyzny. Spotkamy się z Maćkiem i wszystkimi, którzy szli przed nami. Spotkamy się. A póki co - wędrujemy.

Ks. Michał Kiersnowski SAC, katecheta w ZSP im. A. Kenara

a4_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

Drodzy Państwo,

w ostatnich dniach powiedziano i napisano wiele pięknych i mądrych słów o Maćku Berbece. O jego życiu, pasjach, miłości do gór i odejściu. Ale Maciek był również artystą plastykiem, absolwentem szkoły Kenara i krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, aktywnym członkiem Zakopiańskiego Oddziału ZPAP, inspirującym nauczycielem i wychowawcą młodzieży. Z takim bagażem poszedł przed laty w owe „góry niewzruszone”. Bez przybliżenia tej części Jego aktywności życiowej obraz zawsze będzie niepełny. To dzięki takiej edukacji i takiemu kluczowi estetycznemu budowała się Jego wrażliwość, pojmowanie świata i środki wyrazu jakimi wypowiadał się na polu sztuki. I dlatego ośmieliłem się przytoczyć tę garść postrzępionych wspomnień, sadząc że czynię to również w imieniu wielu milczących ludzi ze szkoły Kenara. Jestem to winien Jemu i Jego bliskim. Niech to będzie moja „świeca w oknie”.

Szaflary, 14 marca 2013 roku

Często myślę, a szczególnie w takich chwilach, że z pamięcią o tych których znałem długo, którzy mieli istotny wpływ na moje widzenie świata, jest trochę tak jak z „oknem pogodowym” w górach. Trzeba czekać na ten szczególny moment światła i ciszy, w którym powrócą do nas „ w całej jaskrawości” (jak pisał Stachura) obrazy, słowa, gesty i uczucia tych , którzy pozostali po tamtej stronie grani. Kiedy opadły największe emocje, żal i smutek próbuję w tej smudze światła odnaleźć i nanizać koraliki ułomnej pamięci o Maćku, którego spotkałem 40 lat temu.
1 września 1973 roku, na dziedzińcu przed Marilorem, wystraszonemu i zagubionemu smarkaczowi z zielonogórskich lasów, uścisnął dłoń młody mężczyzna z szerokim uśmiechem (potem po latach dokuczaliśmy Mu, że gdyby nie miał uszu to śmiałby się dookoła głowy), miał na sobie flanelową koszulę, spodnie z wypchanymi przepastnymi kieszeniami, spięte mocnym pasem i ciężkie buciory z bliznami po licznych zmaganiach ze skałą. Na ramieniu niedbale przewieszona wytarta horoleska z tajemniczymi przedmiotami: jakieś sznurki, linki, karabinki, sprzączki - cała taternicka magia. W tłumie uczniów szkoły Kenara ubranych w charakterystyczne marynarki z bordowego sztruksu Maciek wyglądał jakby trafił tutaj niechcący, przez pomyłkę, z pobliskiego dworca autobusowego gdzie takich młodych pasjonatów gór były całe roje. Przedstawił mnie Maćkowi Janusz Orzepowski - kolega z mojego miasteczka, który trafił tutaj 4 lata wcześniej i był jednym z Jego najbliższych przyjaciół.
W tamtym czasie i w tamtym miejscu mieć kolegę z V klasy to była sprawa nadzwyczajna. Dorośli mężczyźni, brodaci, z długimi włosami, niektórzy ostentacyjnie z papierosem w zębach, to była kasta najwyższa, hermetyczna i często niebezpieczna dla nas „pętaków” płaczących w internatową poduszkę za odległym, utraconym domem rodzinnym. Maciek był inny, nie stwarzał dystansu, pomagał, cierpliwie tłumaczył, nie wstydził się rozmawiać na przerwach z pierwszakiem, podsuwał ciekawe albumy. Był „kimś” - chodził „skacząc po górach”, ciągnęły się za nim tęskne spojrzenia niejednej pary cielęco zakochanych oczu, zwracał się publicznie do największego autorytetu artystycznego w szkole - Arkadiusza Walocha - per wujku. A nade wszystko dawał mi gwarancję bezpieczeństwa, bo ciągle miałem „na pieńku” z tymi dryblasami z najstarszych klas. Dopiero później, stopniowo dostrzegałem całą złożoność Jego młodzieńczego losu. Cień jakim na jego dzieciństwie i wzrastaniu kładła się śmierć ojca, poczucie odpowiedzialności za młodszego brata Jacka, konieczność pomocy mamie w ciężkich czasach szarej komuny.

Innym „jaskrawym obrazem w świetle” jest Maciek pochylony nad albumem w naszej mrocznej bibliotece, pełnej ksiąg i wolumenów z pieczęciami C.K. „werkszuli”. Sam za stosem książek, pośród zapachu starego papieru i kurzu nad albumem o tajemniczym tytule Bauhaus. Budzi się jak z letargu i wertując kartki
z reprodukcjami rzuca tajemnicze hasła: Walter Gropius, Dessau, funkcjonalizm, asceza formalna ... Patrzę zakłopotany na abstrakcyjne układy obcych, nieznanych form i nie rozumiem, nie pojmuję, nie „chytom” jak to się wówczas mawiało
w szkole. Przecież szczytem fascynacji i pasji twórczej są moje koślawe kopie szkiców sykstyńskich Buonarottiego i sztychów Dürera, a on się zachwyca kanciastymi stołkami i jakimś pogiętym żelastwem! Tych dowodów na pochodzenie Maćka z innego świata bywało więcej.

Stara legendarna pracownia rysunku na Krupówkach, zapach drewna zapuszczonego olejem, szum Foluszowego Potoku i bazarowy gwar ludzkiej gawiedzi płynącej deptakiem. Biedzimy się w parę osób nad popołudniowym studium modela. Chudziutki chłopiec mężnie pręży muskuły, a my próbujemy w nim dostrzec zaklęty kanon Polikleta i Lizypa (z wiadomym skutkiem). Na te popołudniowe godziny wpadał szlifować formę Maciek dopingowany przez Arka Walocha. Jest wiosna, zbliża się termin egzaminów wstępnych na ASP w Krakowie. Maciek rysuje zamaszyście, zdecydowanie, pewnymi ruchami. Ale kiedy my pastwimy się nad modelem on rysuje układy krzeseł, spiętrzonych przedmiotów, ustawia kompozycje brył geometrycznych, które były na wyposażeniu pracowni do prowadzenia elementarnego kursu dla „pierwszaków”. Kiedy po raz kolejny zaglądam Mu za sztalugę z pytającym wzrokiem Maciek robi długą przerwę i głosem do złudzenia naśladującym korekty profesora Walocha robi mi autentyczny wykład o rysunkowej analizie struktury przedmiotu. Mówi o idei „krzesłowatości” krzesła i „stołowości” stołu. I znowu nic nie „chytom”, jak wówczas w bibliotece. Ale biblioteka okazała się później ratunkiem - tam znalazłem teorię idei platońskich
i Tatarkiewicza.

Kiedy poszedł na studia i w wysokie góry spotkania miały charakter sporadyczny - u państwa Walochów, w BWA, na szkolnych wystawach na które Go zapraszaliśmy, na konsultacjach dla klas maturalnych, gdzie służył radą i korektą opowiadając o projektach i zadaniach akademickich. Zawsze otwarty, bez dystansu, taki jak wówczas przed szkołą. Tylko plecak miał już większy, czasem ze sprzętem, innym razem z rulonami projektów lub elementami konstrukcji jakiejś makiety.
I czasu było coraz mniej na długą rozmowę, bo obok niego pojawiła się piękna jasnowłosa kobieta, a potem plecak zastąpiły nosidełka z malutkim śpiącym Krzysiem.

Kolejne „okno” otwiera mi się na obrazy z lat osiemdziesiątych. Cyrkiel czasu wsparty jednym ramieniem w „kenarowskim mateczniku” zatacza krąg po górach, miastach, państwach i zdarzeniach, by wrócić do punktu wyjścia. Oto znowu jestem w szkole, po praktykach pedagogicznych, jako początkujący nauczyciel przedmiotów artystycznych. I spotykam Maćka - poważnego „profesora” przedmiotów projektowych i warsztatowych. Znowu starszy, doświadczony kolega wprowadza mnie w arkana trudnej i pięknej przygody pedagogicznej.
Czasy były wyjątkowo parszywe, kończył się stan wojenny. Komunizm padał w konwulsjach nadal sięgając mackami aż po odległe prowincjonalne placówki artystyczne. Trzeba było myśleć o kawałku chleba i rodzinie. Wspomagaliśmy się, nawet kartkami żywnościowymi dla dzieci. Szybko zrozumieliśmy, że bez reformy programu artystycznego kenarowska idea szkoły zamknięta na nowe trendy, idee staje się skostniałą doktryną. Z wielką ciekawością i radością zaglądałem do pracowni, w których Maciek prowadził zajęcia. Widziałem człowieka z pasją. Szliśmy od warsztatu do warsztatu, przedstawiał uczniów, demonstrował zadanie i omawiał rezultat. Zaglądał też do moich pracowni, słuchał korekt, często włączał się we wspólne omawianie zadań. A kiedy wreszcie pokonując opór żywej i martwej materii usiedliśmy nad projektem reformy nauczania przedmiotów warsztatowych, to właśnie Maciek przygotował założenia metodologiczne pod nową formułę kształcenia w zakresie dawnego, archaicznego meblarstwa artystycznego. To w korelacji z Jego projektem mogłem zacząć pisać roboczy program kształcenia komplementarnego.
Były konflikty i napięcia, wielu Go nie rozumiało, ale było pewne, że ktoś kto szuka własnej drogi na Annapurnę czy Mount Everest nie będzie powielał cudzych wzorów mebli z czasów Neużila i Barabasza. Bronił konsekwentnie i odważnie swoich przekonań estetycznych na kolejnych przeglądach wlokąc za sobą poirytowaną i znudzoną radę artystyczno programową mrocznymi korytarzami w Strugu na Kościeliskiej. Od pracowni do archiwum, od archiwum do pracowni, pokazując, porównując, mówiąc o bezsensownym dreptaniu w miejscu. Jego koncepcja zasadzała się na pojęciu „gniazda”. Uważał, że system kształcenia artystycznego młodzieży, w tym okresie wzrastania, wymaga tworzenia wielu pracowni o zróżnicowanej koncepcji estetycznej, prowadzonych przez wybitne osobowości twórcze, które będą dla młodzieży również autorytetami moralnymi i etycznymi. Wielokrotnie mówił, że trzeba czerpać „z wielu źródeł”, że trzeba szukać swojego mistrza. Było to głęboko prawdziwe i przekonujące. Szczególnie kiedy patrzyłem na to z perspektywy Jego osobistych doświadczeń i nieocenionej roli jaką w jego wzrastaniu i krystalizacji odegrał Arek Waloch - mądry i spolegliwy wujek i mentor.
W podejmowanych z młodzieżą zadaniach postulował metodę wielu prób przy dochodzeniu do ostatecznego rezultatu. Ważniejszy był proces niż rezultat - ten często nie pojawiał się w formie ostatecznej realizacji, co tak bardzo irytowało starych belfrów. Nie narzucał wzorców, nie proponował gotowych rozwiązań. Postulował odrzucenie stereotypowych schematów kształtowania formy. Każde zadanie zaczynali ab ovo, dosłownie i w przenośni. Od elementarnego badania zależności formy i funkcji. Szukając zasad ergonomii zgniatali glinę, wylewali gips, cięli tekturę, łamali deski, przewracali przedmioty, gięli metal i plastik, zrzucali jajka w opakowaniach. Uczył ich rozumnego projektowania i przewidywania przyszłego losu przedmiotów, które powołają do życia. Odrzucał tani ornament i naiwną barokową dekoracyjność, która Jego zdaniem deformowała i degradowała rzeczywistą istotę projektowanego obiektu. Wiedział, że jak w Promethidionie: ...“pożyteczne nigdy nie jest samo… że piękno wchodzi nie pytając - bramą”. Często używał argumentów ze swojego wysokogórskiego arsenału, mówił o konsekwencjach decyzji, o uwarunkowaniach, o własnej indywidualnej drodze, o umiejętności wyciągania wniosków z własnych błędów.
Podłoże emocjonalne niektórych zadań projektowych było głęboko humanistyczne. Nie była to „sztuka dla sztuki”. Cały cykl tematyczny zadań projektowych mebli i obiektów dla młodzieży niepełnosprawnej to była prawdziwa lekcja zrozumienia drugiego człowieka, empatii i wrażliwości na jego cierpienie. Czasem terminalne.

I znowu w tym „pogodowym oknie pamięci” widzę Maćka otoczonego kręgiem uczniów, pracownia wygląda jak po przejściu fali tsunami, po korytarzach krzątają się zniecierpliwione sprzątaczki, za oknem zimowy zmierzch, a oni kroją zaciekle cebulę, kapustę, jabłka testując prototypy nowych ergonomicznych desek do krojenia.
Innym razem mistrz Maciej i młodzież wychodzą na przerwę cali zachlapani kefirem. Maciek ze śmiertelną powagą mówi do mnie „testujemy nowe ergonomiczne mieszadła do koktajlu”.
Pamiętam takie obrazy kiedy nad Lipkami i za Strugiem fruwały całe eskadry papierowych niby ptaków, samolotów i latawców w ramach projektowania formy latającej z obciążeniem.
Do legendy przeszły już słynne zajęcia Maćka z zagadnień projektowania siedziska, kiedy to chłopcy siadali nagimi pośladkami na miękkich, mokrych taflach gipsu, aby empirycznie zrozumieć siły, wektory i obciążenia jakim poddane jest podłoże i cztery litery, w trakcie tego na pozór banalnego procesu, a On stąpał dostojnie po pracowni i parafrazując cichym szeptem klasykę recytował: „gwałt niech się gwałtem odciska, rzekła d… do siedziska”. Skandal był podwójny: najpierw święte oburzenie gaździn wracających z koszami sera na plecach
z Krupówek, które zawsze ciekawie zerkały w rozświetlone okna na parterze szkolnej pracowni. Stały tam podobno z nosami rozpłaszczonymi na szybach, tupiąc i dysząc z furią „jancykrysty”! A nazajutrz analogiczna reakcja „starszych profesorów”, którzy weszli do pracowni z I klasą i zobaczyli zastygłe rezultaty naukowych rozważań nad zagadnieniem ergonomii. I te wypieki na policzkach pań
i panien z grona pedagogicznego! Bezcenne.

Młodzież za Nim przepadała. Na nielicznych spotkaniach, na które dał się namówić po powrocie z wypraw, uczniowie i dorośli siedzieli z „wysuniętymi szufladami”. Myślę, że wszyscy Go podziwialiśmy i wszyscy Mu zazdrościliśmy, a przecież był z nami tylko trochę, tylko w połowie, tylko na chwilę. Nie liczył godzin, potrafił „zapadać się w czasie” i wracać ze Strugu o zmierzchu, bo ktoś tam jeszcze przyniósł projekty, ktoś nie potrafił ściągnąć ściskami blatu albo wbić spągi. Często kosztem domu, rodziny, Ewy z którą z takim trudem i pietyzmem urządzali swoje pierwsze mieszkanie na Kościuszki.
Druga część Jego serca była zawsze w górach, tam był sam ze sobą. Stamtąd wracał wyczerpany, ale z klarowną wizją świata i głodem kontaktu z młodymi ludźmi. Ta część Jego życia i osoby była zawsze dla mnie tajemnicą. Na te dziesiątki godzin przegadanych w sposób istotny o sztuce, edukacji i życiu, przypadło tylko parę rozmów, które mną wstrząsnęły. Resztę zbywał anegdotycznymi opowiastkami
z dużą doza humoru i autoironii. W sprawach codziennych, prozaicznych potrafił czasem zawalić, nie zdążyć na termin, potraktować zagadnienie z nonszalancją. Ale kiedy robiłem pierwsze łóżeczko dla moich dzieci i zobaczył, że biedzę się nad dłutowaniem ręcznie gniazd pod czopy, odłożył swoją pilną robotę (a pieniądze były w jego domu na wyczerpaniu) i przez parę wieczorów pomagał mi wykonać konstrukcję, która „przeżyła” czworo moich dzieci i wnuki, a teraz służy dzieciom znajomych.

Przez te wszystkie lata współpracy w szkole nigdy mnie nie zawiódł. Pomagał w problemach w domu, w chorobie dzieci i w kłopotach zawodowych. Aktywnie nas wspomagał kiedy reaktywowaliśmy po stanie wojennym oddział ZPAP. Nigdy nie zapomnę tych rad pedagogicznych kiedy trzeba było się bić o zdolnego ucznia, kiedy sam wobec wszystkich podnosiłem rękę w geście sprzeciwu i wiedziałem, że siedzący za mną Maciek, zrobi to samo.

Miał szczególny dar rozładowywania trudnych, stresowych sytuacji. Kiedy po raz kolejny „Maciuś” spóźniał się na zajęcia, a klasa puszczona samopas „chodziła po ścianach” wywołując furię innych nauczycieli, wpadał zdyszany z dużym plecakiem, rozpychał nas w udawanym panicznym popłochu i usiłował wbić się za ciasny parawan w pracowni Arka Walocha, krzycząc skrzekliwym głosem: „panie chowojciez się, bo obławe robiom pod Gubałówkom na rzyźbiorzy”! parafrazując w ten sposób słynną anegdotę o Kenarze i góralce.

Mieliśmy w pracowni rysunkowej rodzaj kantorka - lekką ściankę za którą można było spokojnie usiąść w trakcie zajęć. Tam się w „odwalało” szkolną biurokrację, sprawdzało szkicowniki i „wykonywało” słynne popołudniowe „hierbatki”. Za ten właśnie parawan wpadł Maciek w jeden z pierwszych dni mojej pracy przynosząc mi do wypełnienia kartę zdrowia. I nagle dostał drgawek i konwulsji. Dygotał w apoplektycznym pląsie, łypał białkami zezowatych oczu, język i dolna szczęka uciekły gdzieś na bok. Stałem osłupiały w bezradnym zdumieniu: Maciek co Ci się stało?!!! Znieruchomiał, znormalniał i powiedział: „Przeczytałem dokładnie instrukcję z ministerstwa na odwrocie karty zdrowia, a tam piszą, że musimy mieć stosowny wygląd, cechy fizjonomii i sylwetki, które spełniają ogólnie przyjęte normy estetyki, bez wyraźnych cech kalectwa, deformacji, upośledzeń, odrażającego wyglądu i gwałtownych nerwowych tików. Nie chcę by mnie wywalili z roboty, więc będę tutaj przychodził do ciebie codziennie „wytikać się”, żeby uczniowie nie widzieli. Od tego czasu wielokrotnie na dużych przerwach uprawialiśmy ten oczyszczający proceder.
Innym razem na odgórnie zarządzonym przedświątecznym spotkaniu opłatkowym szacownego grona pedagogicznego rozsadził drętwą atmosferę opowieścią o świątecznym sianie pod obrus, które zabrali na kolejną wyprawę wiedząc, że święta spędzą daleko od domu w śniegu i lodzie. W Moskwie podczas międzylądowania sowieccy celnicy wygrzebali z ich ekwipunku siano twierdząc, że to przemyt haszyszu. Testy prowadzili organoleptycznie przeżuwając cały wiecheć.

Z Rosji przywiózł jeszcze jedną „pamiątkę” - zwrot, który uważał za wyjątkowo elegancki i świadczący o arystokratycznych manierach parcianego proletariatu. Na lotnisku czy w metrze usłyszał z megafonów zachęcające: „prochadijtie pażałsta”. Trzeba było Go widzieć, w rozklekotanym dużym fiacie, kiedy stawał przed przejściem dla pieszych na Alejach lub Nowotarskiej i przez opuszczoną szybę kiwał przyzwalającym gestem krzycząc do zdumionych przechodniów „prochadijtie pażałsta”. Na 20 lat przed świątecznymi inwazjami „ruskich” na Zakopane !

Wprowadził nowy system rozliczeń barterowych pomiędzy warsztatowcami, za fuchy wykonywane na szkolnym sprzęcie. Podstawowa jednostka nazywała się „motogodzina”, wtajemniczeni wiedzą jaką miała wartość.

Nawet kiedy był na urlopie, kiedy wracał z Himalajów, kiedy wrócił z Broad Peak i zaleczone kontuzje pozwalały mu na dłuższe wypady, nie zapominał
o kolegach „warstatowcach”. Szczególną estymą i poważaniem darzył naszych starych stolarzy, instruktorów i werkmistrzów. Zawsze wspomagał rozwój technologiczny pracowni lutnictwa, która chronicznie cierpiała na deficyt rozpuszczalnika do politury.

I teraz przywołuję wspomnienie rozmowy o śmierci w górach. Jechaliśmy tym Jego osławionym fiatem ulicą Sienkiewicza rozmawiając o tragicznym wypadku Andrzeja Kukuczki na Lhotse. Sprawa była jeszcze roztrząsana w mediach. Zapytałem Go co o tym sądzi, czy za sukces warto zapłacić życiem? Zacisnął kurczowo dłonie na kierownicy, twarz mu stężała, zjechał na pobocze i przy włączonym silniku mówił ostro i bezwzględnie, z nieukrywaną złością i lekceważeniem, okraszając to całą wiązanką siarczystych przekleństw, których nie powtórzę przez pamięć o zmarłych. Był wściekły i mówił o przeklętym wyczynie, komercji, nieuzasadnionym ryzyku, lekkomyślnym szafowaniu życiem swoim i bezmyślnym narażaniu innych. Tak gwałtownie jak się zapalił, tak szybko odzyskał spokój, wrzucił kierunkowskaz i wjechaliśmy pod szkołę. Nigdy przedtem ani potem nie widziałem Go w takim stanie. Pomyślałem, że Tam w górze, musi przeżywać rzeczy piękne i rzeczy straszne, ale nawet dotknięcie eschatologicznego sensu bytu nie jest warte jednej łzy na twarzy mamy i Ewy, lęku w oczach synów. Nigdy więcej Go o to nie pytałem. Chyba zrozumiałem jak bardzo kochał życie.

Drugą rozmowę rozpoczął sam. Właściwie to był monolog, którego byłem mimowolnym słuchaczem. To było sobotnie popołudnie, wiele miesięcy po sławetnym powrocie z Broad Peak. Przyszedł na halę maszyn do Strugu z paroma deskami, aby dokończyć regał który obiecywał Ewie od wielu miesięcy. Nie pracował już w szkole i myślał o samodzielnej przyszłości. Wiedzieliśmy trochę
o dramatycznym zejściu, krańcowym wyczerpaniu, odmrożeniach, wojskowym szpitalu w Pakistanie i audiencji u prezydenta Ziaula Haqua. Chciałem Mu pomóc przy montażu tych półek, ale odmówił jakoś enigmatycznie twierdząc, że to „drobna robótka”. Kiedy przez godzinę silniki maszyn nadal milczały zajrzałem zaniepokojony ponownie. Deski leżały nietknięte na blacie heblarki, a Maciek stał przed tym wielkim oknem na hali maszyn przysłoniętym koronkową firanką pajęczyn, na których osiadł, jak misterny filigran, pył drzewny. Stał z łokciami wbitymi w grubą warstwę trocin i patrzył w zadumie na leniwe życie ulicy Kościeliskiej.
I nagle zaczął mówić o tamtym zejściu, sam z siebie, jakby przeczuwał, że kiedyś Go zapytam. Mówił o zmęczeniu i bólu, o lęku przed upadkiem i zaśnięciem. O utracie poczucia czasu i przestrzeni, o stanie snu na jawie i halucynacji. Widział ciężarną Ewę, rozmawiał z bliskimi, szedł w oślepiającym słońcu na Kalatówki. Był po Tamtej stronie grani i wrócił. Nie pamiętał lęku przed śmiercią ani świadomości, że niektórzy mogą Go uznać za zaginionego. Mówił to do tej zakurzonej szyby trochę jak do kraty konfesjonału. Chwila była tak dojmująca i intymna, że nie śmiałem o nic pytać. Właściwie powinienem wyjść bezszelestnie. A potem machnął jakby ze zniecierpliwienia ręką, otrzepał kurz z polaru i stwierdził, że już za ciemno na robotę, że zrobimy to w przyszłym tygodniu. Zabrał deski i do dzisiaj nie wiem czy zrobił tę półkę kiedykolwiek.

Maciek odszedł. Pozostał bliżej nieba niż ziemi po której stąpamy. Nad Nim na zawsze otwarte niebiańskie „okno pogodowe”. Piękna i niezbadana złożoność natury ludzkiej każe nam w chwili bólu i tragedii instynktownie szukać miejsca, mogiły, punktu, widzialnego znaku, symbolu początku i kresu wszechrzeczy. Jakiejś szczególnej syntezy, w której zawarłby się sens i przesłanie naszego losu, gdzie abstrakcyjny znak i uniwersalna forma nie zatracą rytmu bicia serca i ciepłego dotyku dłoni bliskiej osoby.

Na Pęksowym Brzyzku jest nagrobek poświęcony tym którzy „zginęli ratując” w tragicznej katastrofie śmigłowca w Olczyskiej. To właśnie Maciek jest jego autorem. Teraz nabiera szczególnej, przejmującej do głębi wymowy. Jest jak Jego cerdo, jak ostatni błysk światła na przełęczy. To surowa potężna skała.
Z dramatycznie pękniętej szczeliny wypłynęła i zastygła na zawsze złota łza. Requiescat in pace.

Marek Szala

a5_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

Tacy jak Maciek wybierają najlepszy przepis na życie

Jak przez mgłę pamiętam jedno z najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa, to śmierć Krzysztofa Berbeki. U mnie w domu długo się o tym mówiło, ze względu na rodzinne powiązania. I o tym też się później mówiło, że Maciek ruszył w ślady swojego ojca, jakże niebezpieczne. Kiedy w osiemdziesiątym pierwszym zaczynałem studia na krakowskiej ASP, Maciek już był jej absolwentem. W budynku akademii przy ul. Smoleńsk, na tablicy ogłoszeń ktoś przyczepił kartkę z napisem: Nasz Maciuś zdobył Annapurnę! Zawsze był dla mnie kimś, ale mówienie o nim w czasie przeszłym jakoś mi nie wychodzi. Prosiłem Maćka kiedyś o kamyk z Everestu. Pojechałem do niego do domu niedługo po tym jak wrócił. Wtedy chyba chorował, przeziębienie, a więc niewiele mówił. Poddałem mu wówczas taką myśl, że mógłby przecież, jak Rutkiewicz odbywać spotkania, prowadzić prelekcje, pokazywać zdjęcia, obruszył się na mnie. Taki show w ogóle go nie obchodził. Widać, góry zdobywał nie dla sławy, ale dla siebie, z miłości. Ale nie wynosił się nad tymi, którzy lubili o sobie i swoich wyczynach szeroko opowiadać. I kamyk mi dał, jakoś wzięty 10 metrów spod szczytu, bo na samej górze śnieg i nie mógł nic znaleźć. Gdzieś zgubiłem ten kamyk, zginął mi podczas przeprowadzek, nie dbałem o niego należycie i teraz bardzo żałuję. W zeszłym roku, gdzieś koło Krupówek spotkałem Ewę, żonę Maćka która powiedziała mi z błyskiem dumy i radości w oczach: Wiesz, Maciek pójdzie na Broad Peak! A ja wtedy, przepraszam, ale zadałem głupie pytanie: Czy się nie boisz? Oczywiście, że się bała, ale jakże zabronić komuś jego radości i pasji? Stawać przeciw miłości? Tak się złożyło, że w tygodniu zwycięstwa i tragedii, otrzymałem zlecenie na wykonanie brązowej tablicy na Wiktorówki, upamiętniającej chłopca który przed dwunastoma laty zaginął w górach Ałtaju. Spotkałem się z jego matką. Długo rozmawialiśmy. To co przeżyła ta kobieta, nikt nie jest w stanie zrozumieć, kto nie miał podobnego doświadczenia. A ja mogłem tylko przyglądać się jej i słuchać opowieści o wciąż, mimo upływu lat, nie do końca oswojonym bólu. Kilka dni później dotarły do nas wszystkich wieści spod Broad Peak. Chwilę trwała nadzieja i wreszcie na zawsze zgasła. To, że gazety rozpisywały się o wyczynach Macieja i stracie jaką poniósł himalaizm światowy to jedno. Bez porównania bardziej jednak jego odejście boli najbliższą rodzinę, żonę, synów, brata i matkę już przecież doświadczoną śmiercią własnego męża, który, niemal pół wieku temu, jak wyżej wspomniałem, również zginął w górach. Wyzwania rzucane naturze. Człowiek zawsze był taki, i zawsze taki będzie. Bez tych odważnych ludzi, zawadiaków, idących naprzeciw losowi, z podniesionym czołem patrzącym prosto w grozę niebezpiecznych przepaści nasz świat byłby o wiele uboższy. I mimo takich okrutnych doświadczeń, będą jednak nowi i wciąż nowi, chcący zasmakować wiatru na wysokościach, wpatrzyć się w nieprzebyte przestrzenie, dotknąć słońca i zanurzyć głowę w kosmos. Tacy jak Maciek wybierają najlepszy przepis na życie. Że śmierć bywa na jego końcu? Cóż, każdemu z nas pisana.

Piotr Bies, Felieton z Tygodnika Podhalańskiego nr 11/1204 14 marca 2013

a6_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

Maćku, bardzo dużo u nas po Tobie pozostało, dziękujemy.

Nasze pierwsze spotkanie, lata 80-te. Mam możliwość wyjazdu do Paryża na parę miesięcy. Nie mam plecaka, w sklepach niewiele. Poznaję Maćka przez Walochów - odstępuje mi swój. Pamiętam Jego spokój i ciepły uśmiech.

Potem spotkania w teatrze, gdzieś na Krupówkach, w BWA, u “Chłopaków”, w hurtowni sprzętu wspinaczkowego na Rondzie.
I zawsze Jego spokój i ciepły uśmiech.

Umawiamy się na rozmowę o tym jak radzi sobie w ekstremalnych sytuacjach. Nie spieszy się ze spotkaniem…

Przed ostatnim wyjazdem Maćka w Himalaje mijamy Go “pędzącego” przez Krupówki, uśmiecha się  do nas - jak zawsze, “tak jakoś inaczej, intensywniej ...”, mówi moja żona.

Maćku, bardzo dużo u nas po Tobie pozostało, dziękujemy.

Chimek Brzozowski z całą rodziną.

a7_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

a8_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.png

a7_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

a9_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg

a7_f1604566ce1f94b2982b8920bed822be.jpg